Maratończyk z Pruchnika - Najlepszy przyjaciel Jerzego Górskiego…

Autor: ts 05.01.2018 Nr: 1/2018
Maratończyk z Pruchnika - Najlepszy przyjaciel Jerzego Górskiego…

W 2017 roku swoją premierę miał oparty na faktach film „Najlepszy”. Mało kto wie, że historię opowiedzianą w filmie „tworzył” między innymi pochodzący z Pruchnika, wspaniały sportowiec, rekordzista Polski w maratonie w latach 1990-2003, który wielokrotnie stawał na podium wielu międzynarodowych zawodów - Antoni Niemczak.

 

Na początku lat osiemdziesiątych można było zobaczyć Pana trenującego wzdłuż ulicy Jarosławskiej w Pruchniku.

- Jest to bardzo możliwe. Tam również trenowałem. W tamtych czasach to nie było popularne. Pamiętam jak ktoś przyszedł do mnie do domu z informacją, żeby mnie może przebadać...

Trenowanie w tamtym czasie było niekiedy dziwne w oczach innych ludzi. To był trudny czas dla Polski. Były inne zmartwienia, ale ja kochałem sport od zawsze. To była i jest moja miłość oraz pasja.

Od kiedy tak na poważnie zaczęła się Pana przygoda ze sportem?

- Ducha sportu miałem w sobie od zawsze. Jako dziecko trenowałem na stadionie w Pruchniku, na Błoniu, czyli na pastwisku. Trenowałem gdzie się dało. Kochałem ruch i tą energię którą we mnie wyzwala. Taki trochę poważniejszy sport zaczął się w Łańcucie. Grałem w koszykówkę w reprezentacji szkoły. Jeżeli jednak chodzi o bieganie to tak naprawdę zaczęło się w wojsku.                                     Poszedłem do wojska i takie pierwsze zawody sportowe, na które zgłosiłem się zresztą sam, potwierdziły ,że jednak mam do tego predyspozycje. Wygrywając kolejne zawody potem już wszystko poszło błyskawicznie. W wojsku byłem w Kędzierzynie Koźlu, później kiedy zdobywałem coraz lepsze wyniki znalazłem się w Śląsku Wrocław. Po dwóch latach trenowania zdobyłem mistrzostwo Polski.

Jest rok 1984 ma Pan życiową formę. Pojawiła się realna szansa uczestnictwa w Mistrzostwach Olimpijskich, wszystko jest zaplanowane, a Pan dowiaduje się z telewizji ,że Polski Związek Olimpijski podjął decyzję o zbojkotowaniu Igrzysk w Los Angeles? Co Pa wtedy myślał i czy to prawda ,że miał Pan ochotę wyrzucić telewizor przez okno?

 

- To tak trochę w  przenośni kiedyś powiedziałem,  ale no na pewno życiowa forma… Los Angeles… Ameryka, miasto aniołów… Szczyt marzeń dla sportowca, prawdziwa sportowa uczta - Igrzyska Olimpijskie. Poza tym w Polsce był niezwykle trudny czas. Nasz kraj w latach osiemdziesiątych był wtedy sponiewierany strasznie. Chciałem poznać coś więcej ale niestety decyzja była taka a nie inna. Złość ogromna i zawód.                                            

 

Czy po takim zawodzie właśnie czy po jakiejś innej porażce, bo w tej długiej karierze sportowej takie też musiały być, przeszło Panu przez myśl aby rzucić sport i zająć się czymś innym?

 

- Moja miłość do sportu była mimo wszystko tak głęboka, że to nie wchodziło w rachubę. Sport, szczególnie indywidualny sport bardzo wciąga. Nawet kiedy wygrywałem  Mistrzostwa Polski czy poprawiałem rekordy Polski to cały czas byłem nienasycony. Podnosiłem sobie wciąż poprzeczkę. Pomimo straconych Igrzysk Olimpijskich myślałem o nowych zawodach, nowych wyzwaniach. Jedyne co mnie mogło wtedy zatrzymać to jakaś poważna kontuzja. 

 

Jak Pan walczył z bólem. Jak Pan się motywował kiedy dopadało Pana totalne, ekstremalne wyczerpanie?

- Każdy bieg miał swoją historię. Bez wątpienia końcówka biegu jest najtrudniejsza. Lata przygotowań, charakter, wola walki to wszystko składało się na to, że potrafiłem osiągać dobre wyniki. Walka która toczy się w głowie jest za każdym razem inna. Cechy psychiczne odgrywają ogromną rolę. Trzeba z bólem i cierpieniem się zaprzyjaźnić. Trzeba w jakimś sensie to polubić, sprawić, żebyś lubił to pokonywać. Znałem wielu bardzo dobrze przygotowanych sportowców, którzy nie dawali rady zaprzyjaźnić się z bólem. Pomimo fizycznych rezerw głowa odmawiała posłuszeństwa.         Zresztą ta walka toczy się często podczas pokonywania różnych innych słabości. Najlepszym przykładem silnego charakteru jest dla mnie Jurek Górski. Trochę czasu upłynęło zanim uporał się z nałogami które niszczyły mu życie. Podstępny nałóg zabrał mu 14 lat. Jak widać można jednak nawet po tak trudnej przeszłości sięgać gwiazd.  Jurek w 1990 r wygrał zawody Double Ironman. 7600 pływania,360 km rower i podwójny maraton czyli 84,4 km biegu. Ponad 24 godziny niewyobrażalnego wysiłku, że już nie wspomnę jakim beznadziejnym pływakiem był Jurek, wręcz nie potrafił pływać… Biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze kilka lat wcześniej ważył niespełna 50 km i pluł krwią podczas biegania na naprawdę śmiesznych dystansach to było jak sen. To wydawało się wprost niemożliwe a jednak zrobił to. Wygrał

Wasza przyjaźń, trwa do dziś. Co Pan zobaczył w oczach tego młodego, wyniszczonego przez nałóg człowieka, że bez wahania zdecydował się Pan mu pomóc?

- Jurka poznałem po pewnym wyczerpującym treningu. Trenowałem wtedy w Śląsku Wrocław. Przyszedł do mnie trener i mówi „Antek ktoś do Ciebie”. Zobaczyłem sponiewieranego , wychudzonego człowieka. Już z twarzy można było wyczytać, że  jest po przejściach. Jurek miał jednak niezwykłą charyzmę. Zaczął opowiadać mi o tym co przeszedł, o swojej walce z nałogiem, o tym że jest w Monarze, próbuje biegać... Był tak szczery, miał w sobie coś  nieopisanego. Zobaczyłem człowieka proszącego o pomoc. Jakby długo niewidziany brat wrócił do mnie. Jakbym odzyskał kogoś bliskiego. Od razu poczułem, że jest to ktoś komu warto podać rękę. Zresztą nie kalkulowałem wtedy. Rozmowa trwała może 5 minut. Natychmiast zaprosiłem go do domu na obiad. Bardzo długo rozmawialiśmy. Jurek opowiadał o swojej trudnej przeszłości, o latach zmagania się z nałogami alkoholowym, narkotykowym, nikotynowym… Miał za sobą pobyty w szpitalach psychiatrycznych, aresztach, kilkukrotne próby samobójcze, samookaleczenia. Piekło.  Dałem mu nowe buty do biegania….Później biegaliśmy również wspólnie, dawałem mu wskazówki jak trenować aby osiągać lepsze wyniki. Takie treningi  z Jurkiem na początku były dla mnie nieraz mordęgą. Biegając z nim musiałem trzymać jego wolniejsze tempo co wbrew pozorom było dla mnie jeszcze bardziej męczące. Wiem jednak i zawsze zresztą wiedziałem, że warto inwestować w ludzi. Czułem się za niego odpowiedzialny. Kiedy wyjechałem do Ameryki zostawiłem go z takim poczuciem, że nadal jestem przy nim i jak tylko będzie to możliwe zaproszę go do Stanów. Obietnicy dotrzymałem. Jurka traktuję jak członka rodziny.

Panie Antoni  a dziś po ukończeniu kariery sportowej co wypełnia Pana czas?

-Prowadzę ośrodek sportowy, pensjonat  w Nowym Meksyku. Przyjeżdżają do mnie czołowi  biegacze na obozy sportowe na przykład najlepsi polscy średniodystansowcy Adam Kszczot czy Marcin Lewandowski, Angelika Cichocka, Henryk Szost - maratończyk najlepszy obecnie jak również włoscy zawodnicy. Był u mnie Jurek Górski z ekipą filmową. Właśnie powstaje film dokumentalny o Jurku. Obecnie w przygotowaniu jest ścieżka filmowa .Zresztą Jurek był niedawno również  w Pruchniku, w kościele, w moim domu… W filmie zobaczymy mam nadzieję też  trochę Pruchnika.

Z Antonim Niemczakiem rozmawiała Sabina Kowalczyk

 

 

 

Komentarze
Popularne
Komentowane
Najnowsze na Forum