Opluć autorytety

Tak to już jest, że zawsze na kimś się wzorujemy. Z kogoś bierzemy przykład, a jego postawę i działania uważamy za warte naśladowania. I tak być powinno. Autorytety są ważne. Szczególne w okresie, gdy uczymy się życia potrzebujemy mistrza, mentora wskazującego drogę.

Szukamy też szacunku. Chcemy, by blisko były osoby przez nas poważane i obdarzone prestiżem. Sami też dążymy do tego, by być dla kogoś autorytetem i wymagamy poszanowania. Wzorujemy się na rodzicach, nauczycielach, kolegach, czy znajomych. Bierzemy przykład z uczonych, piosenkarzy, duchownych, a nawet z polityków. Dla naszej kultury takim uniwersalnym autorytet jest Jezus Chrystus i papież.

To nic złego. Przeciwnie. Tak być powinno. Na tym opiera się proces zwany wychowaniem.

   Źle zaczyna się dziać, gdy autorytetów nie ma, albo bierzemy za wzór osoby łamiące podstawowe zasady życia społecznego. Na szczęście większość z nas zostaje tak ukształtowana przez rodzinę, szkołę, kościół i środowisko, że potrafi znaleźć się na właściwej drodze. Niestety nie wszyscy.

 

Jak wytłumaczyć fakt, że młody człowiek używa klucza do kół, by przekonać kolegę do swoich racji. Dlaczego stosuje prymitywną metodę odrzuconą przez ludzkość wieku temu, a nie wybiera przyjętych obecnie norm współżycia.

   Co gimnazjaliście zawinił ksiądz, by naśmiewać się z niego w trakcie szkolnego przedstawienia. Co zawiniły maluchy, że usłyszały komentarz, iż zamiast z darami do narodzonego Jezusa powinny wziąć gwoździe i go ukrzyżować. I czym ostatecznie dogryzł mu Chrystus, by nie uszanować wspomnienia jego narodzin.

    Takie przykłady można mnożyć i nie można ich tłumaczyć tym, że to tylko młodzieńcze wybryki. Najpewniej coś nie wyszło w tym, co nazywamy wychowaniem. I nie tylko szkołę mam na myśli, ale całość. Wszystko, co dotarło do młodego człowieka od momentu, gdy mama zmieniała mu pieluchę do teraz. Ze wszystkich stron. Począwszy od najbliższych, a na sejmowych kłótniach kończąc.

 

A wracając do szkoły. – Zaczynam uczyć się tej dzisiejszej szkoły, bo za moich czasów była całkiem inna – powiedział jeden z młodych rodziców i nie miał na myśli nic dobrego. Z przykrością należy przyznać, że nie jest to zdanie odosobnione. Dzisiejsza szkoła to zderzenie sfrustrowanych nauczycieli i roszczeniowych rodziców. To placówka ciągle zmieniająca kierunek. Walcząca o ucznia, bo za nim idą pieniądze. Dbająca o to, by w ewaluacjach wyszło O.K. Można powiedzieć, że ci, dla których szkoła istnieje, czyli uczniowie, są dla niej tylko po to, by jej nie zamknąć. Skomercjalizowała się. Tak jak opieka zdrowotna i po części kościół. Przy świadczeniu usług edukacyjnych, zdrowotnych i duszpasterskich zginął człowiek.

Komentarze
Popularne
Komentowane
Najnowsze na Forum