Śmierć czai się przy Bożej Męce

Autor: 06.07.2018 Nr: 27/2018
Józef Tytuła z Jagiełły do lasu i przydrożnej Bożej Męki podchodzi z szacunkiem i ostrożnością. Wielokrotnie odczuwał tutaj dziwną energię i niczym niewytłumaczalny strach, ale nie unika tego miejsca. Przychodzi, by się pomodlić.
Józef Tytuła z Jagiełły do lasu i przydrożnej Bożej Męki podchodzi z szacunkiem i ostrożnością. Wielokrotnie odczuwał tutaj dziwną energię i niczym niewytłumaczalny strach, ale nie unika tego miejsca. Przychodzi, by się pomodlić.

Przeklęte miejsce, w którym zaczaiła się śmierć, a może tylko nieszczęśliwy ciąg zdarzeń? Mieszkańcy Jagiełły i Gniewczyny z niepokojem myślą o lesie z uschniętą sosną. Kapliczkę w wydrążeniu umarłego drzewa nazwano Bożą Męką. Czy za nazwą o tak dramatycznym brzmieniu, kryje się tragedia? Jak wytłumaczyć śmierć trzech mężczyzn z jednej rodziny, jak inne pozostające w pamięci ludzi nieszczęścia?


Mieszkańcy przyznają, że na pograniczu obu wsi za często dochodzi do nieszczęśliwych zdarzeń. – Może to tylko zbieg okoliczności, a może jakaś klątwa?– zastanawiają się pełni obaw. Przyznają również, że miejsce przy kapliczce jest szczególne. Jednych przeraża. Inni uważają je za święte. Krążą o nim legendy, a przechodzący obok sosny na wszelki wypadek starają się nie odwracać. Lepiej nie widzieć, co czai się za plecami.

   Kapliczka z figurą Ukrzyżowanego Jezusa w wydrążonym pniu uschniętej sosny, nazywana Bożą Męką stoi spokojnie. Jednak to, co zdarza się w okolicy, zastanawia. Budzi niepokój. Tym bardziej, że mieszkający w pobliżu wyliczają sporo tragicznych wydarzeń.

 

Nieszczęsne fatum

Gniewczyna Łańcucka i Jagiełła wsie w powiecie przeworskim, położone nieopodal lasu. Niczym nie zmącone życie mieszkańców przerwał tragiczny wypadek z 16 czerwca, w którym zginął 21-letni mieszkaniec Gniewczyny Łańcuckiej. Mieszkańcy pewnie od razu uznaliby to za nieszczęśliwe zdarzenie, gdyby nie fakt, że zginął kolejny człowiek z jednej rodziny. Trudno zachować milczenie, trudno nie rozważać i nie szukać wyjaśnienia. Tragedie przychodzące w tym samym miejscu i uderzające nieprzypadkowo, zawsze zastanawiają. Mieszkańcy zastanawiają się, czy to przypadek czy może jakieś nieszczęsne fatum czające się lesie.

 

Dziadek, zięć, wnuk

Minęło już około dwie dekady od śmierci Władysława C. z Gniewczyny. Do niedalekiego lasu pojechał po drewno razem z zięciem Janem. Wracali z pełnym wozem, gdy nagle ładunek spadł na ziemię i razem z nim starszy z mężczyzn. Zginął na miejscu. Jedni mówią nieszczęśliwy wypadek. Inni zastanawiają się, czy przypadkiem nie trafił na mrocznego żniwiarza szukającego ofiary. Kilkanaście lat później zięć Władysława, który był z nim pamiętnego dnia w lesie, zginął tragicznie w położonej na obrzeżach lasu fabryce. Przycisnął go jeden z wagonów.

Zwykła nieostrożność i niewiedza, jak się poruszać między wagonami. Nie miał najmniejszych szans na przeżycie. Pracowałem wtedy na pierwszej zmianie, pamiętam tę tragedię. On już wychodził do domu, był przebrany, a na halę wrócił tylko na chwilę – słyszymy od emerytowanego pracownika fabryki wagonów.

   Syn Jana i wnuk Władysława, Sylwester, zginął z kolei w połowie czerwca tego roku, w tym samym lesie, co dziadek. Jechał bardzo szybko w kierunku Jagiełły. Miejscowi mówią, że spieszył się do dziewczyny. Na łuku drogi stracił panowanie nad pojazdem, zjechał na przeciwny pas ruchu i uderzył w pień drzewa. Kilkukrotnie koziołkował. Strażacy do wydobycia kierowcy musieli użyć specjalistycznego sprzętu. Ofiar mogło być wtedy więcej, bo chłopak dosłownie na centymetry rozminął się z samochodem, który wiózł parę młodą. To oni byli pierwsi na miejscu wypadku i wezwali pomoc. Młody mężczyzna został pochowany cztery dni później. Spoczął w grobie obok swojego ojca. 21-latka zabrała śmierć. Może jechał za szybko, a może ona tam czekała, aż się pojawi ktoś, kogo może zabrać.

 

Nieszczęśliwych zdarzeń było więcej

Około osiem lat temu, na tej samej drodze i w tym samym lesie, kilkadziesiąt metrów dalej od miejsca wypadku z czerwca br., niespełna czterdziestoletni mieszkaniec Jagiełły miał podobny wypadek.

Wracał z pracy samochodem. Uderzył w pień. Dokładnie naprzeciw sosny z kapliczką. Był ciężko ranny. Ma za sobą kilka operacji, ale jakoś z tego wyszedł – mówi dwóch mężczyzn stojących pod sklepem.

   Dodają, że niedługo po tym wypadku, rozbił się tam jeszcze inny mieszkaniec Jagiełły. Również blisko uschniętej sosny.

Jechał z dziewczyną. Dachowali. Ponoć oboje wyrzuciło z samochodu, ale nic im się nie stało. Tylko samochód był do kasacji – słyszymy.

   Z kolei jedna ze starszych kobiet pamięta, że kilkadziesiąt lat temu w lesie zmarła mieszkanka wsi.

Poszła grabić liście i tam nagle zmarła na ścieżce blisko Bożej Męki – wspomina Maria Ruchała, 91-letnia mieszkanka tej wsi. – Zmarła śmiercią naturalną. Ale ten ostatni wypadek – to okropna tragedia... Jak Pan Bóg daje chorobę, to tak ma być. Ale samemu sobie zgotować śmierć?

 

Boża Męka świadkiem ludzkich tragedii

W lesie, w którym zginęło dwóch mężczyzn, zmarła kobieta, a kilka innych osób cudem uszło z życiem, znajduje się kapliczka z figurą Ukrzyżowanego Jezusa, wydrążona w pniu uschniętej sosny, nazywana Bożą Męką. Pochodzi prawdopodobnie z połowy XIX w. Z jej powstaniem związana jest legenda.

Wszyscyśmy chodzili do kościoła do Gniewczyny, u nas jeszcze nie było. I zza Sanu chodzili też – wspomina 91-letnia M. Ruchała. – Pewnego dnia, mieszkaniec właśnie z tamtych stron, może z Majdanu Sieniawskiego, w każdym razie nie z Jagiełły jak się niesłusznie podaje, idąc na 6 rano na roraty, został zaatakowany przez wilki. Wskoczył na tę sosenkę, młodą jeszcze, tak cienką jak dwie moje ręce i dlatego się uratował. Pamiętam, jak tatuś opowiadał.

   To za ocalenie życia ufundował tę kapliczkę. Od tamtej pory sosna stała się miejscem uświęconym i pod żadnym pozorem nie można było jej zniszczyć.

Mieszkańcy nie dali jej ściąć austriackim drwalom przed I wojną światową. Kiedy w 1944 r. pociski spadały na las wokół tego miejsca, zostały zniszczone wszystkie rosnące wkoło drzewa, a sosna ocalała – dodaje Aniela Majcher, 87-letnia znajoma pani Marii.

   Boża Męka pozostała. Uratowana dzięki mieszkańcom, stała się uświęconym, ale też bardzo tajemniczym miejscem. 

 

Przypadek czy fatum? Mieszkańcy czują dziwną energię w tym miejscu

Wypadki skumulowane w jednym miejscu, w tym ostatni śmiertelny, dały do myślenia mieszkańcom obu wsi. Zastanawiają się, czy to miejsce nie jest aby jakieś przeklęte.

Panie Maria i Aniela nie chcą wiązać tych wszystkich wypadków. Mówią, że to było zrządzenie losu, ludzka nieostrożność. Dobra droga, wszyscy pędzą na złamanie karku. Inni mają coraz więcej wątpliwości.

Za dużo tych zdarzeń, nie wiadomo, co myśleć. Z drugiej strony ta kapliczka – zastanawia się mężczyzna jadący przez las rowerem. – Każdy, kto tędy przejeżdża, zdejmie czapkę, pomodli się. Śmierć była, ale i ocalone życia przecież też.

   Józef Tytuła z Jagiełły ma 87 lat. Jako młodzieniec chodził tą drogą na zabawy. Wspomina, że powrót nocą, zawsze powodował u niego dziwny niepokój.

Za każdym razem czułem dreszcze. Przechodząc, nigdy się nie odwróciłem. Czemu? To była Boża Męka i coś tam się działo – mówi z przejęciem. – Ojciec mi opowiadał, że jak wracał przez las około północy, zauważył jak koło samej kapliczki siedzi wielki, czarny pies. Na wojnach spędził osiem lat i bojaźliwy nigdy nie był, ale wtedy przestraszył się ogromnie.  Włos mu stanął na głowie, ale powoli szedł dalej. Minął kapliczkę z siedzącym przy niej psem. Przeszedł kilka kroków i odwrócił się. Przy uschniętej sośnie było pusto. Sam nie wiedział, czy rzeczywiście widział psa, czy jakąś zjawę.

   Pan Józef przepracował w fabryce wagonów w Gniewczynie wiele lat, a drogą przez las jeździł wielokrotnie.

Zawsze, kiedy tam jeździłem nocą z pracy, coś mnie dziwnie przerażało, choć nie był to taki zwykły, ludzki strach. Taka dziwna energia w tamtym miejscu – kiwa głową na samo wspomnienie.

   Pamięta, że jednego dnia śpieszył się do pracy, jechał motorowerem i nie zdążył jak zawsze przeżegnać się przy kapliczce. Kilkadziesiąt metrów dalej przewrócił się, choć z upadku wyszedł bez szwanku. Swoje gapiostwo potraktował jako upomnienie.

 

Strzeżonego Pan Bóg strzeże

Do zdarzeń, które działy się w lesie między Gniewczyną a Jagiełłą, trudno odnieść się jednoznacznie, a mieszkańcy są podzieleni. Jedni wierzą w mroczność tego miejsca, inni ani trochę. To, w czym się zgadzają niepodzielnie, to uświęcone miejsce – sosna z kapliczką, z której Jezus Ukrzyżowany jednak chroni ludzi. Wyraz swojego szacunku dla tego miejsca dali przeszło dwa lata temu, kiedy drzewo planowała ściąć służba drogowa, bo uschnięte stanowi zagrożenie. Mieszkańcy Jagiełły nie chcieli nawet o tym słyszeć. Wszystko z obawy przed klątwą. Co więcej, dwa lata temu postawili i poświęcili tutaj tablicę z historią Bożej Męki i pamiątkowy kamień. Dwadzieścia lat temu stanął w tym miejscu krzyż misyjny.

 

Trudno powiedzieć, czy las sąsiadujący z Gniewczyną Łańcucką i Jagiełłą skrywa w sobie tajemnicę. Czy jest miejscem, gdzie czai się nieszczęście. Czy dziwny niepokój u odwiedzających kapliczkę Bożej Męki jest spowodowany tylko charakterem miejsca i narosłymi dookoła niego opowieściami. Możliwe, że ta okolica jest w jakiś sposób szczególna, a może...

 

Komentarze
Popularne
Komentowane
Najnowsze na Forum