Wędzenie wyborczej

Kampania wyborcza rozpoczyna się z chwilą ogłoszenia postanowienia o zarządzeniu wyborów. Na zarządzenie czekamy. Kampania trwa już od dawna. Kiełbasa wyborcza wędzi się i jest podawana społeczeństwu w ściśle ustalonych dawkach. Jedni się cieszą. Inni uważają, że jest za mocno przyprawiona i narzekają, że w język szczypie i oczy łzawią.

 Taki mamy kraj, że z wyborami też jest galimatias. I nie chodzi tu o wynik, bo o nim zdecydują wyborcy, ale o sam przebieg przedbiegów i samego wyścigu. Różnie ten wyścig określają. Pęd do koryta albo wprost przeciwnie, czyli poświęcenie się do reprezentowania lokalnej społeczności. Jedni już ruszyli. Inni się czają. Wybory pokażą, który system lepszy. Wspólnym elementem jest szykowanie obietnic wyborczych lub, jak kto woli raczenie ludu kiełbasą. Tu też spory rozdźwięk w metodzie rozdawania. Na czoło wysuwają się dwa sposoby. Pierwszy to systematyczne porcjowanie z zadbaniem, by obdarowany za bardzo się nie najadł, ale by wdzięczność poczuł. Drugi to poczekanie na odpowiedni moment i wyciągniecie na ladę całej dostawy. Wtedy można liczyć, że wyborca tak się zasyci, że na inną już nie spojrzy.

Pierwszą metodę stosują najczęściej ci, którym już wcześniej się powiodło. Pilnują jednak, by większy kawałek zachować na chwilę przed otwarciem urn. Drugi sposób pozostał dla tych, co im się wcześniej nie udało. Nie mają wyjścia. Muszą wyciągnąć na stół wszystko, co mogą pokazać tuż przed wyborami i liczyć, że się uda.

My, zwykli ludzie powinniśmy jednak uważać. Choćby z tego względu, że po wyborach i tak większość narzeka. Warto również wziąć pod uwagę, że nadmiar jest szkodliwy. Czasem łatwiej znieść dolegliwości związane z nazbyt skromnym posiłkiem niż przecierpieć przejedzenie.

Nie darmo kampanii wyborczej towarzyszy hasło wyborczej kiełbasy. Wzięte z czasów, kiedy gatunków kiełbasy było zaledwie kilka i każdy wiedział, co kupuje. Podobnie było z wyborami. Czyli wielkiego wyboru nie było, ale wiedzieliśmy, co dostajemy. Dziś ilość gatunków wędlin biegnie do nieskończoności, ale nie mamy zielonego pojęcia, co dostajemy. Podobnie jest z wyborami. Pachnie ładnie, ale ile w tym mięsa nikt nie wie. Wygląda super, a potem okazuje się, że wędzono przy użyciu pędzla, a nie dymu. Z zewnątrz cudo, a potem okazuje się, że sztuczna osłonka jest rakotwórcza. Na dodatek stwierdzamy, że mięso w dzisiejszej kiełbasie już wcześniej ktoś używał. Teraz tylko wzbogacił je o potężne ilości pieprzu, czosnku i innych przypraw i jadu kiełbasianego nie wyczujesz. Dopiero lekarz z pogotowia oczy ci otworzy.

Uważajcie, więc z wędlinami. Nie zawsze wygląd i zapach idzie w parze z jakością. Nie warto się też przejadać. Najważniejsze, by po wyborach brzuch nie bolał.

 

 

 

 

 

Komentarze
Popularne