O człowieku, który zniknął

Autor: dp 19.04.2019 Nr: 16/2019
W miejscu, gdzie wtedy widział go po raz ostatni. Do przejścia miał niewiele drogi, by znaleźć się w domu.
W miejscu, gdzie wtedy widział go po raz ostatni. Do przejścia miał niewiele drogi, by znaleźć się w domu.

Urzejowice to niewielka miejscowość. Wszyscy się tu znają. Na obcych zwracają uwagę, a miejscowy nie zginie. A jednak. Niemal 15 lat temu, 36-letni wówczas, Mieczysław zniknął. Razem z młodszym bratem wracali samochodem z drugiej zmiany. Był późny wieczór. Brat kierował, on był pasażerem. Wysiadł koło torów wąskotorówki. Do domu miał blisko. Trzy minuty pieszo przez wieś. Nikt go już później nie widział.

Nie wiadomo, czy spotkało go jakieś nieszczęście, czy sam zdecydował o ucieczce od prowadzonego życia i wyjechał. Każda możliwość jest prawdopodobna. Jasnowidz przypuszcza, że Mieczysław nie żyje. W jego wizjach pojawia się stara studnia. Policja wciąż go poszukuje. Jedni uważają, że gdzieś rozpoczął nowe życie. Inni, że już od dawna nie ma go wśród żywych. Jedno jest pewne, 10 czerwca 2004 r. Mieczysław zniknął.

 

Od blisko 15 lat Mieczysław Kondracki jest osobą „w zawieszeniu”. Ciężko nawet określić jego status. Oficjalnie jest poszukiwany listem gończym za uporczywe uchylanie się od obowiązku alimentacyjnego. Żona nie zgłosiła zaginięcia, twierdząc, że mąż zostawił ją z dziećmi i wyjechał, a potem przez jakiś czas, wprawdzie rzadko – ale jednak – kontaktował się z dziećmi telefonicznie. Numer, z którego dzwonił, zawsze był jednak niedostępny, gdy próbowali oddzwaniać. Jego rodzeństwo twierdzi, że nie ma z nim kontaktu od czerwca 2004 r., kiedy to brat odwożący go po pracy, widział go po raz ostatni.

 

Dzień zaginięcia

Mieczysław Kondracki w chwili zaginięcia miał 36 lat. Razem z młodszym o 8 lat bratem Wiesławem pracowali w piekarni, do której razem dojeżdżali – wcześniej rowerami, później samochodem młodszego z nich.

Tak było też 10 czerwca 2004 r. Wracali po drugiej zmianie, był późny wieczór. Mieczysław, jak zwykle, wysiadł przy torach. Stąd miał blisko do domu. Około 3 minuty pieszo drogą. Mógł też wybrać drogę na skróty, na ukos przez park przy pałacu Turnauów. Którędy poszedł tego wieczoru? Brat tego nie wie. Nie spodziewał się, że widzi go ostatni raz. Nazajutrz przed pracą przyjechał w ich umówione miejsce. Mieczysława nie było. W domu też go nie zastał. Podobno nie wrócił nawet wieczorem po pracy, poprzedniego dnia.

Tu ślad się urywa. Tyle go widziałem i słyszałem. Nic nie wskazywało na to, że chce porzucić swoje dotychczasowe życie, wyjechać, zostawić dzieci. Nie, to do niego nie pasowało. Był bardzo spokojnym człowiekiem, rodzinnym, nie był kłótliwy. Jeśli już dochodziło do kłótni, to zawsze wolał wtedy wyjść. W pracy też mu się układało, awansował na kierownika – opowiada brat pana Mieczysława.

 

Dziwne zawiadomienie

Brat zaginionego wspomina, że był on bardzo zżyty z dziećmi. Rodzina niczym się nie wyróżniała. Było jak w większości małżeństw. Raz lepiej. Raz gorzej. Urzędowe pisma kierowane do Mieczysława przychodziły do jego domu rodzinnego, bo nie był przemeldowany. Po zaginięciu przychodziły wezwania od firm windykacyjnych, było też orzeczenie o rozwodzie, o który wniosła była już żona, kilka lat po jego zaginięciu. Również na jej wniosek, Mieczysław jest dziś poszukiwanym „alimenciarzem”. Dziwną sprawą było natomiast zawiadomienie, które przyszło w 2012 r., a więc prawie 8 lat po tym, jak brat widział go po raz ostatni. Wynikało z niego, że Mieczysław, lub ktoś posługujący się jego dokumentami, został złapany w okolicach Krakowa za jazdę pociągiem „na gapę”. Podstaw do dłuższego zatrzymania jednak nie było i tego tropu nie dało się sprawdzić.

Brat miał nieważny paszport i stary, książeczkowy dowód. To chyba problem, żeby na jego podstawie wyjechać za granicę, czy nawet pójść do lekarza, a przez tyle czasu, to niemożliwe – zastanawia się pan Wiesław.

Właśnie o wyjazd za granicę do rodziny podejrzewa Mieczysława jego była żona. Dlatego nie zgłosiła zaginięcia. Dziś nie utrzymuje kontaktów z rodzeństwem zaginionego. Również wśród niektórych mieszkańców pojawiają się głosy, że mężczyzna po prostu mógł odejść od żony, bo im się nie układało.

 

Trudne poszukiwania

Rodzeństwo – a jest ich aż ośmioro, trudno więc uwierzyć, że do żadnego z nich przez tyle czasu się nie odezwał – o pomoc zwróciło się nawet do znanego jasnowidza, Krzysztofa Jackowskiego. Ten w obszernym liście wyraził przypuszczenie, że ich brat nie żyje, a jego ciało może znajdować się w wąskim i betonowym miejscu, prawdopodobnie studni, na terenie jakiegoś starego gospodarstwa. Poszukiwania na większą skalę są o tyle utrudnione, że nie prowadzi ich Policja, bo w ich systemach Mieczysław Kondracki ma status poszukiwanego, a nie zaginionego.

Mieczysław Piotr Kondracki od 2008 r. jest poszukiwany listem gończym za uporczywe uchylanie się od ciążącego na nim, z mocy orzeczenia sądowego, obowiązku alimentacyjnego – potwierdza oficer prasowy przeworskiej Komendy Powiatowej Policji, asp. szt. Justyna Urban.

Również Fundacja Itaka, zajmująca się trudnymi przypadkami zaginięć, nie chce podjąć się poszukiwań osoby, która oficjalnie ma konflikt z prawem. Rodzeństwo jest więc zdane na siebie. Liczy, że być może, nawet po tak długim czasie, znajdzie się ktoś, kto sobie coś przypomni, albo coś widział tej nocy, kiedy ślad po Mieczysławie urywa się w jego miejscowości.

 – Brat miał znak szczególny, na prawej ręce nie miał końcówki serdecznego palca. Być może to zwróciło lub zwróci czyjąś uwagę – przypomina sobie brat zaginionego.

Poszukiwania trwają też w Internecie. Wśród wielu udostępnień i komentarzy pojawiły się też te o podobieństwie zaginionego do Janka, „Człowieka, który powstał z torów”. Chodzi o mężczyznę, który kilkanaście lat temu stracił pamięć. Nie wie, kim jest i skąd pochodzi. Pamięta tylko tyle, że pewnego dnia ocknął się na żwirze, obok torów. Jego historia krąży po sieci. Mieczysław zaginął właśnie przy torach, choć w innym miejscu kraju. Analogie jednak się pojawiły. Dziś wiemy, że to dwie różne osoby, bo o historii Janka było już głośno w 2003 roku, a więc jeszcze przed zaginięciem Mieczysława.

 

Co dalej?

W rodzinnym domu zostało trochę jego dokumentów i ubrań. W związku z wydanym listem gończym, co jakiś czas rodzinę odwiedzają policjanci sprawdzający, czy poszukiwany nie pojawił się czasem w domu. Rodzina trwa w zawieszeniu. Nie wiedzą, co się z nim dzieje, a jeśli nawet nie żyje – jak twierdzi jasnowidz – nie mogą go pochować. Pan Wiesław musiał nawet na kilka lat wyjechać do pracy za granicę, bo przed zaginięciem wziął na siebie dla brata kredyt, mimo ze wcześniej miał już własne zobowiązanie wobec banku. Musiał sam spłacać oba kredyty. Jakiś czas temu wymeldował go spod swojego adresu, ale to i tak nie rozwiązuje sytuacji, w której się znaleźli. Poszukiwany, z dnia na dzień definitywnie ucinający kontakty z najbliższą rodziną? Czy zaginiony, który na swojej drodze, o złej porze, znalazł się nie tam, gdzie powinien? Czy jego historia, znajdzie swój finał?

Komentarze
Popularne