Po pierwsze jestem dla swoich wyborców

Autor: Red. 19.06.2019 Nr: 25/2019
Po pierwsze jestem dla swoich wyborców

Rozmowa z reprezentującą w Sejmie nasz region posłanką Anną Schmidt-Rodziewicz. 

Gazeta Jarosławska: Mieszkańcy ziemi jarosławskiej i przeworskiej oraz całego Podkarpacia wybrali panią na swoją reprezentantkę w Sejmie RP, najwyższym organie władzy ustawodawczej w Polsce. Jakie oczekiwania miała pani obejmując funkcję parlamentarzysty?  Czy to z czym musiała się pani zmierzyć, było zbieżne z wizją pracy posła?

Anna Schmidt-Rodziewicz: Obejmując mandat ponad 3,5 roku temu wyobrażałam sobie, że uda mi się zachować względną równowagę między pracą, a życiem prywatnym. Teraz, pod koniec kadencji widzę, że to niemożliwe. Praca posła to służba 7 dni w tygodniu. NON STOP. Wyborcy oczekują, że poseł będzie dla nich zawsze dostępny. Czasem to trudne, bo przecież mam też pracę w Sejmie podczas posiedzeń, a także poza nimi. Przewodniczę jednej z największych komisji sejmowych i to pochłania sporo dodatkowego czasu. Czasem czuję się jak typowy „włóczykij”. Ciągle „na walizkach” między Warszawą a Podkarpaciem, ale mam satysfakcję, że dotrzymałam obietnicy wyborczej. Moje biura są dostępne dla wszystkich i każdy, kto do nich trafił, został przeze mnie przyjęty. Tak wyobrażałam sobie pracę posła - dostępność dla wszystkich, w końcu moim pracodawcą są wyborcy i to od nich zależy moja obecność w parlamencie.

 

G.J.: Zwykli ludzie widzą was podczas uroczystości, podsumowania ważnych wydarzeń lub wystąpień. Czy ta część pracy to główna aktywność parlamentarzystów? Czy jest to tylko wierzchołek góry lodowej i w rzeczywistości wasza działalność to wiele różnych, często niezauważalnych zadań, skierowanych zarówno do społeczności, ale też reprezentowanie i pomoc wyborcom w konkretnych sprawach?

A.S-R.: Udział w uroczystościach to zaledwie niewielki wycinek pracy posła - oczywiście, jeśli chce się uczciwie i rzetelnie pracować dla swoich wyborców. Są też i tacy, którzy poza lansowaniem się na różnych oficjalnych spotkaniach, niewiele robią, a potem nagle przypominają sobie o swoich zobowiązaniach przed wyborami. Na szczęście wyborcy są mądrzy i szybko się orientują, kto udaje, a kto uczciwie pracuje. Praca posła to jednak nie tylko te duże sukcesy, o których piszą media lokalne. Czasem trudniej załatwić indywidualną sprawę, z którą zwraca się wyborca niż np. pozyskać miliony na jakąś inwestycję. Ludzie przychodzą do mnie z różnymi poważnymi problemami, często to sprawy bardzo osobiste, i o nich nie rozmawia się z dziennikarzami. To pomoc, o której poza potrzebującym nikt nie wie.

 

G. J.: Czym może się pani pochwalić w swojej działalności poselskiej?

A. S-R.: Przede wszystkim most. Jestem dumna, że Jarosław jako pierwszy będzie miał most wybudowany z rządowego programu Mosty+, przy współudziale samorządu województwa Podkarpackiego. Bardzo cieszy mnie również decyzja Ministra Kultury Piotra Glińskiego, dzięki której udało się uruchomić Państwową Szkołę Muzyczną II stopnia w Jarosławiu. Dzięki temu nasza zdolna młodzież może za darmo rozwijać swoje talenty, a rodzice zaoszczędzone środki mogą przeznaczyć na inne wydatki domowego budżetu. Ja wiele lat temu, jako absolwenta jarosławskiej szkoły muzycznej nie miałam takiej szansy. Ważne są też inwestycje drogowe. Pół roku zajęło mi przekonywanie ministra infrastruktury, że konieczny jest remont drogi krajowej nr 77 w naszym powiecie, na odcinku Pełkinie - Gorzyce. Kiedy rozpoczynałam starania, inwestycja znajdowała się na 625 miejscu listy rezerwowej, jednak udało się i 10 maja GDDKIA podpisała umowę z wykonawcą na remont, którego koszt wyniesie ponad 50 mln zł. Podobnie było z remontem drogi wojewódzkiej 881 Kańczuga - Pruchnik, łączącej dwa powiaty: przeworski i jarosławski. Przez wiele lat inwestycja znajdowała się na liście rezerwowej, ale „pukaliśmy” z burmistrzem Pruchnika do drzwi marszałka Ortyla i udało się. Zarząd województwa przeznaczył 40 mln zł na remont tej drogi i niedługo ruszają prace. Inwestycji, na które udało mi się pozyskać środki, jest wiele. Także w innych powiatach. Po tej kadencji ich suma sięgnie ćwierć miliarda złotych, dlatego nie sposób wszystkie wymienić, ale z pewnością będę wyborców o nich jeszcze informować. Ogromnie ważna jest dla mnie Sejmowa Komisja Łączności z Polakami za Granicą, której mam zaszczyt przewodniczyć. Ponad 22 miliony Polaków żyje poza granicami Polski od Islandii po Kamczatkę, na którą udałam się podczas ostatnich Świąt Wielkanocnych na spotkanie z naszymi Rodakami. To było wielkie przeżycie i trudna podróż, ale do tej pory żaden polski polityk tam nie dotarł, więc wzruszenie tamtejszych Polaków było ogromne. Prowadzimy także proces repatriacji. Wielu naszych Rodaków zesłanych na Wschód i ich potomków marzy o powrocie do Ojczyzny. Polacy żyjący poza Polską potrzebują opieki naszej Komisji, muszą czuć, że Polska o nich pamięta.

 

G. J.: Kim według pani jest poseł i czyje interesy powinien reprezentować?

A. S-R.: Po pierwsze swoich wyborców, po drugie swojego okręgu, po trzecie swojego kraju - równorzędnie. Tak rozumiem definicję sprawowania mandatu poselskiego. Najwięcej czasu zajmuje mi załatwianie spraw Podkarpacia, reszta to praca w Sejmie i Komisji. Podkarpacie jest dla mnie najważniejsze, a praca posła to służba, bez której wyborcy pokazują czerwoną kartkę i trzeba zejść z boiska. Nikt, kto nie potrafi służyć, nie powinien kandydować i nie ma prawa rządzić. Ta praca wymaga pokory, cierpliwości i jest dla twardych zawodników.

 

G. J.: Jak układała się pani współpraca na poziomie Parlamentu i rządu, a jak ze środowiskiem naszego regionu? Również ze zwykłymi mieszkańcami.

A. S-R.: Bardzo owocnie. Kiedy Szef mojej partii Jarosław Kaczyński przyjechał do Jarosławia blisko 4 lata temu, aby osobiście wesprzeć mnie w kampanii wyborczej, powiedział wtedy: „Pani Anna zna wszystkich i wszyscy znają Panią Annę, dlatego wiem, że będzie skuteczna w zabieganiu o sprawy swojego okręgu”. I chyba miał rację. Wieloletnie znajomości z ministrami i ponad 15-letnia współpraca z Prezesem PiS, także w czasie, kiedy był premierem za naszych poprzednich rządów, przynoszą efekty. Te długoletnie znajomości procentują bardzo dobrą współpracą na poziomie rządu, ale też samorządu województwa (w końcu przez rok byłam radną podkarpackiego sejmiku), czego dowodem jest fakt, że to Marszałek Województwa zaangażował się w sprawę naszego mostu i to on wybuduje do niego drogi dojazdowe. Są jednak gminy, które nie chcą współpracować ponad podziałami politycznymi dla dobra lokalnej społeczności. Nie rozumiem tego, bo tracą na tym mieszkańcy, a wiele można by zrobić. Ponieważ moje biura są zawsze otwarte dla wszystkich, bardzo dużo ludzi przychodzi na spotkania, szczególnie w Jarosławiu, a dyżury poselskie trwają czasem do późnych godzin wieczornych. To wyczerpująca praca, ale bardzo mnie cieszy, bo oznacza, że wyborcy chyba ufają swojemu posłowi.

 

G. J.: Czy dziś, blisko końca kadencji może pani powiedzieć, że udało się zrealizować większość zakładanych celów. Co budzi największe zadowolenie?

A. S-R.: Mam wrażenie, że udało się znacznie więcej, części z tych inwestycji nie planowałam, pojawiły się jako głos wyborców, najczęściej podczas spotkań w moim biurze, ale jestem szczęśliwa, że udało się je zrealizować. Blisko 250 mln zł to jednak spora kwota jak na niecałe 4 lata.

 

G. J.: Czego nie udało się zrobić i jakie cele zakłada pani na przyszłość?

A. S-R.: Żałuję, że część mieszkańców Jarosławia zaprotestowała przeciwko budowie fabryki, która miała powstać dzięki decyzji PGNiG oraz Polskiej Spółki Gazownictwa. Pracujemy jednak nad alternatywnym rozwiązaniem, które stworzy nowe miejsca pracy w Jarosławiu. Pierwsza grupa znalazła już zatrudnienie w utworzonym przez PSG - Contact Center, które obsługuje klientów z całej Polski. Cieszę się, że ten ogólnopolski punkt obsługi odbiorców gazu jest w Jarosławiu i będę robić wszystko, aby tych miejsc pracy przybywało. Ze względnym spokojem, ale i pokorą podchodzę do kolejnej kampanii wyborczej, oczywiście zawsze gdzieś w sercu czai się niepokój, czy wyborcy dobrze ocenią moją pracę i zechcą mi znowu zaufać, ale myślę, że zrobiłam w tej kadencji sporo, nie zmarnowałam czasu i chciałabym, aby moja ciężka praca została zauważona, będę o to prosić mieszkańców Podkarpacia. Jest jeszcze dużo do zrobienia.

 

G. J.: Czy prywatnie poseł Anna Schmidt-Rodziewicz jest zawsze taka zasadnicza, poważna i rzeczowa?

A. S-R.: Jestem rzeczowa, tylko kiedy walczę o sprawy Podkarpacia. Trzeba dużo siły i determinacji, bo posłów jest 460, senatorów 100 i większość z nich lobbuje u ministrów za swoim okręgiem, a budżet państwa nie jest z gumy i nie na wszystko wystarczy pieniędzy. Głos parlamentarzysty musi być stanowczy. Inaczej się nie przebije w tłumie wielu próśb i roszczeń. Kilka miesięcy temu podczas kampanii wyborczej do samorządu byłam świadkiem rozmowy jednego z krośnieńskich księży z Jarosławem Kaczyńskim. Kiedy rozmowa nieoczekiwanie zeszła na mój temat - Prezes spojrzał na mnie i powiedział: „To kobieta - dynamit. Jak trzeba, to przechodzi przez ściany”. I chyba trochę tak jest. Jak już ministrowie mają mnie czasem dość i żartują: „znowu przyszło Podkarpacie”,  to wchodzę do ich gabinetu „przez okno”, wedle zasady: „gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”.

G. J.: Dziękujemy za rozmowę

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze
Popularne
Komentowane