Na nieludzkiej ziemi. Historia rodziny zesłanej na Syberię

Autor: MS 06.09.2019 Nr: 36/2019
Zdjęcie zrobione przed zesłaniem, od lewej siostry Wiktoria, kuzynka, Krysia, Marian
Zdjęcie zrobione przed zesłaniem, od lewej siostry Wiktoria, kuzynka, Krysia, Marian
Fot. arch. rodzinne

Marian Pióro jako dziecko razem z rodzeństwem i rodzicami przeżył wywózkę i pobyt na Syberii. Po kilku tygodniowej podróży na miejscu zastali nieludzkie warunki. Ojciec i matka zostali skierowani do morderczej pracy przy wyrębie lasu. Mrozy minus 40 stopniowe i głód dawały się we znaki. Wielu zesłanych Polaków nie przeżyło.

Rodzice pana Mariana – Kazimierz i Rozalia Piórowie pochodzili z leżącego pod Jarosławiem

Pawłosiowa. – Ojciec brał udział w walkach o obronę granic Polski przed bolszewikami w 1920 roku. Już po wojnie jako były żołnierz dostał pracę na kolei. Najpierw pracował w Jarosławiu, a od końca lat 20–tych XX wieku w Sokalu pod Lwowem. To tutaj, a dokładnie w Kolonii Walawce nieopodal Sokala rodzice kupili gospodarstwo rolne i tutaj urodziły się wszystkie ich dzieci, dwóch braci: Zygmunt i Adam, oraz trzy siostry: Krystyna, Wiktoria i Zofia – opowiada pan Marian.

 

Początek gehenny

Spokojne i uporządkowane życie rodziny Piórów przerwał najpierw wybuch II wojny światowej. Po kilku miesiącach faktem stało się to, czego nawet w najgorszych scenariuszach nie mogli przewidzieć. – To było w lutym 1940 roku, do drzwi zapukali żołnierze, dali nam godzinę na spakowanie się i opuszczenie domu. Następnie saniami przywieźli nas i naszych sąsiadów do punktu zbornego. A później, po zgromadzeniu wszystkich skazanych, dalej na stację kolejową w Ramosz. Tutaj czekał na wszystkich przygotowany transport. Zamknięto nas na kilka tygodni w wagonach bydlęcych. Warunki były straszne, panował głód i zimno. Tej podróży nie przeżyła najmłodsza siostra Zosia – wspomina pan Marian. Po wielotygodniowej podróży najpierw koleją, a następnie saniami, grupa zesłańców dotarła w końcu do „specposiołoku” Rżawka, w rejonie Uspienskim, w obwodzie Archangielskim, kilka tysięcy kilometrów od domu rodzinnego.

 

Mordercza praca

 – Miejscem naszego osiedlenia był kawałek wykarczowanego lasu, na którym znajdowało się kilka dużych baraków. Mieściły się tutaj stołówka, magazyn, bania – łaźnia, budynki mieszkalne dla NKWD i dla innych Rosjan obsługujących obóz. Zamieszkaliśmy z kilkoma rodzinami w jednym z dużych baraków. Budynek posiadał jedną izbę z piecem chlebowym. Spaliśmy na pryczach zrobionych z desek, ułożonych przy ścianach – mówi mężczyzna. Warunki przebywania w obozie były nieludzkie. –  Przy wyrębie lasu trzeba było wyrobić ustaloną normę. Prace wykonywano tradycyjnymi narzędziami, piłami ręcznymi i siekierami. Ci co nie dawali rady sprostać tym wymaganiom z powodu wycieńczenia, głodu albo chorób po prostu umierali. Małe dzieci zostawały w baraku, natomiast większe, jeśli były w stanie unieść siekierkę, pomagały rodzicom, przy obcinaniu i paleniu gałęzi – opowiada pan Marian.

 

Ze specposiołku do kołchozu

Sytuacja Polaków zmieniła się po napaści wojsk niemieckich na Związek Radziecki, latem 1941 roku. Zostali objęci amnestią i mogli opuścić miejsce zsyłki. – Zostaliśmy przerzuceni razem z innymi zesłańcami przez obszar, kilku tysięcy km do kołchozu Bolszaja Romanowka w rejonie kujbyszewskim. Poprzedni mieszkańcy – koloniści niemieccy trafili na Syberię. Tutaj warunki były nieporównywalne. Wioska była zelektryfikowana, panował łagodniejszy klimat, praca w kołchozie zapewniała dostatnie wyżywienie dla całej rodziny, młodsze dzieci chodziły do szkoły – wspomina mężczyzna.

Powrót do ojczyzny

Tutaj rodzina Piórów doczekała się zakończenia wojny. Razem z pozostałymi polskimi rodzinami czynili starania o powrót do kraju. Wiedzieli już, że nie wrócą do Sokala. Transporty powracających Polaków były kierowane na Ziemie Odzyskane. – Niewiele brakowało, a pojechalibyśmy na zachód Polski. Jakimś cudem mamie udało się, na postoju w Przemyślu, zadzwonić do swojego brata, który pracował na kolei w Jarosławiu. Postój w Przemyślu był eskortowany przez wojsko, więc nie można było na nim swobodnie wysiąść. Wujek obiecał zatrzymać pociąg, tylko nie znał jego numeru, więc zatrzymał po kolei trzy składy – mówi mężczyzna. Ta akcja spowodowała duże zamieszanie na stacji. Z trzech pociągów wysiadło wielu repatriantów, którzy osiedlili się w Jarosławiu i okolicach. Podobnie jak rodzina Piórów ułożyli sobie tutaj życie.

Komentarze
Popularne