Historia jest jak elementy układanki

Autor: dp 08.11.2019 Nr: 45/2019
Pani Maria obok niezamieszkałego obecnie domu, w którym przyjmował „dentysta z Dobkowic”.
Pani Maria obok niezamieszkałego obecnie domu, w którym przyjmował „dentysta z Dobkowic”.

W jednym z poprzednich numerów GJ pisaliśmy o pani Agnieszce z Mielca, która prowadzi poszukiwania swojej rodziny, w celu uzupełnienia drzewa genealogicznego. Po opowiedzeniu na naszych łamach historii o jej krewnym, który świadczył usługi dentystyczne w Dobkowicach, zgłosiła się do nas pani Maria, której ojciec był jego pacjentem.

Agnieszka Gałuszka zwróciła się z apelem o dzielenie się z nią historią dotyczącą jej krewnych. Przypomnijmy, że szuka informacji o osobach noszących nazwiska: Gałuszka, Wielgosz, Gilarski, Kuczyński, Cwynar, Przybylski i Klein, mieszkających kiedyś w okolicach Dobkowic i Łowiec. Niedługo po tym napisała do nas Maria Starzecka. Okazało się, że dziś mieszka ona zaledwie kilka domów dalej od miejsca, gdzie przed laty mieszkał i przyjmował pradziadek pani Agnieszki, Władysław Wielgosz. Przypomnijmy, że przed 1930 r. wyjechał on do Francji, gdzie pracował w gabinecie dentystycznym, a później kupił własne narzędzia do usuwania zębów i wrócił do Polski. Nasza rozmówczyni zna również samą panią Agnieszkę, którą pamięta jako małą dziewczynkę. Jak sama mówi, wraz z artykułem wróciły wspomnienia, ale i emocje, nie jest to bowiem historia wesoła.

Mój tato, Józef Gdyk, rocznik 1923, urodzony w Łowcach, służył podczas II Wojny Światowej w LWP, później w I Armii Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Stanisława Popławskiego, jako saper – zaczyna opowieść pani Maria.

Później, jak opowiada, pan Józef brał udział w wyzwoleniu Warszawy, 17 stycznia 1945 r. Jego kompania budowała pierwszy pontonowy most na Wiśle, żeby wojsko mogło przeprawić się na lewy brzeg Wisły. Jego służba w czasie wojny trwała 18 miesięcy. Z zimna, głodu i ogromnego strachu zaczyna się u niego choroba. Po pobycie w szpitalu w Radomiu, z kategorią D, wraca piechotą do domu.

W sierpniu 1951 r. bolą go bardzo zęby i wybiera się do Dobkowic, do dentysty, właśnie do Władysława Wielgosza. Do domu wraca osłabiony, prawdopodobnie z powodu utraty krwi po zabiegu. Pod wieczór mówi do mojej babci, żeby przyniosła mu dziecko, mówi: „chcę je przytulić, umieram”. Tym dzieckiem byłam ja, miałam wtedy 6 miesięcy. Jak się dalej okazuje, babcia tego nie robi, tylko zaprzęga konie i wiezie mojego tatę przez Morawsko, do szpitala w Jarosławiu. Był to taki czas, gdy na wsi nie było dróg, prądu, telefonów i żadnego samochodu. Lekarze rozkładają ręce, niewiele mogą pomóc. Karetką pogotowia wiozą mojego tatę do Rzeszowa, tam czeka jakiś helikopter i zabiera go do Warszawy, do Instytutu Hematologii. Lekarze stawiają druzgocącą diagnozę: hemofilia typu B (brak IX składnika krzepnięcia krwi) oraz rzadko w tym czasie spotykana grupa krwi 0Rh(-) – mówi pani Maria. 

Ojciec pani Marii powoli wraca do zdrowia, a po kilku tygodniach – do domu, ale to nie koniec zmartwień. W tym czasie chłop na wsi nie miał ubezpieczenia. Trzeba było zapłacić za przyjazd pogotowia, transport helikopterem, pobyt w szpitalu. Przez wiele lat mamę pani Marii pobyt ojca w szpitalu kosztował krocie. Mężczyzna zmarł na zawał w 1990 r, w tym samym roku co mama pani Marii. To właśnie od niej i babci, która zmarła w 1957 r., zna tę historię, którą wielokrotnie jej opowiadały. Jak sama dziś przyznaje, nie ma do nikogo żalu i mimo wielu przeżyć, czuje się szczęśliwa.

- Zarówno mój tato, jak i pan Władysław nie mogli przecież przewidzieć, co się stanie – mówi.

Ludzkie losy dziwnie się układają, nierzadko rządzi nimi przypadek. Warto starać się je odkrywać, przypominać, wyciągać z czeluści zapomnienia. Historie ludzi, którzy niejedno przeżyli są tego warte, tak jak i w tym przypadku.

Komentarze
Popularne