Drogę do wigilijnego stołu rozpoczął marsz śmierci

Autor: erka 03.01.2020 Nr: 1/2020
Kazimierz Kopeć z córką Elżbietą wspominają wydarzenia sprzed 74 lat. W opowiadaniach pojawia się obraz wracającego z drogi śmierci 22-latka.
Kazimierz Kopeć z córką Elżbietą wspominają wydarzenia sprzed 74 lat. W opowiadaniach pojawia się obraz wracającego z drogi śmierci 22-latka.

U Kopciów przedświąteczna krzątanina jest smutna. Zbliża się Wigilia. Pierwsza w wyzwolonym kraju. Druga bez Zbyszka i Kazika. Obu zabrało Gestapo. Zbyszka zabili. Po Kaziku ślad zaginął. Matka pochlipuje. Mają nadzieję, że syn żyje, ale też wiedzą jaki los czekał aresztowanych przez hitlerowską tajną policję. Trudno wierzyć, że przetrwał. Tym bardziej, że od momentu zatrzymania żadna informacja o jego losach nie przyszła.

Pierwsze powojenne święta będą skromne, smutne i pełne wspomnień. Dwa puste miejsca przy wigilijnej kolacji. Jedno pozostanie puste na zawsze. Przy drugim będzie jeszcze okruszek nadziei. Malutki, ale ważny. Od lipca 1944 r. tylko tyle zostało im po synu i bracie. Matka Balbina często płacze. Ojciec Franciszek smutny i zamyślony. Bronia, Janina i Tadeusz też przeżywają utratę braci. Po Zbyszku został tylko żal i smutek. Myśli o Kaziku dodatkowo wypełnia niepewność. Dokucza. Czasami bardzo mocno.

Święta za chwilę. Wtedy wspomnienia są najdokuczliwsze. Trzeba je jednak przeżyć, a wcześniej przygotować. W krzątaninie każdy znajdzie jakieś zajęcie. Czas szybciej wtedy płynie i myśli tak nie dokuczają.

Przygotowania przerywa wizyta. Ktoś wchodzi. Bez pukania, jakby do swego domu wracał. W drzwiach staje młody mężczyzna. Wynędzniały. W zniszczonym ubraniu. Uśmiecha się. Oni też się uśmiechają. Poznają wędrowca. Przed nimi stoi Kazik. Półtora roku czekali na informację. Żadna nie przyszła, a teraz on sam się pojawił. Radość miesza się z płaczem. Święta Bożego Narodzenia już zawsze będą się im kojarzyć z cudem.

 

Z Lubeki do Jarosławia

Kazimierz Kopeć dobrze pamięta swoją drogę w stronę wolności. Nadchodziło wyzwolenie. Z obozu w Sachsenhausen, do którego trafił po aresztowaniu, wypędzono ich na drogę śmierci. Bez jedzenia i picia szli w niewiadomym kierunku. Marsz trwał dwa tygodnie. Towarzyszył mu głód, wycieńczenie i choroby. Przeżył tylko co dziesiąty. - Dostaliśmy nowe buty uszyte z twardej skóry. Odparzyły nogi tak mocno, że każdy krok był męczarnią. Wtedy zatęskniłem za obozowymi drewniakami - wspomina pan Kazimierz. Wielu zmarło po zakażeniach wywołanych piciem wody bezpośrednio z kałuż. - Miałem menażkę kupioną za kromkę chleba. Zbierałem do niej tę samą wodę, jaką inni pili, ale korzystałem z niej dopiero wieczorem, po przegotowaniu. Dzieliłem się nią z Wojtkiem Fecko. On też pochodził z Jarosławia - mówi K. Kopeć.

Przeszedł ten marsz pozostawiając po drodze tych, nad którymi śmierć się zlitowała i zabrała z drogi wypełnionej niewyobrażalnym cierpieniem. W końcu doszli do miejsca, w którym stacjonował posterunek Czerwonego Krzyża. - Dostaliśmy paczkę pierników na dwóch. To był pierwszy posiłek już w wolnej strefie - wspomina K. Kopeć. Pamięta, jak wygłodniały i karmiony byle czym organizm zbuntował się przeciw konserwom wojskowym. Jak nie przyjął wódki i dopiero nasycił się chlebem, który dostał od Polki pracującej w niemieckiej fabryce.

Ocalali z marszu śmieci dotarli do Lubeki. Stamtąd wybierali się w różne strony świata. Wielu wybierało emigrację. K. Kopeć też się nad tym zastanawiał, ale gdy zobaczył zacumowany w porcie statek pasażerski udający się do Gdyni przyszedł do Wojtka Fecko, z którym los go połączył i zakomunikował, że wraca do Polski, do Jarosławia. Wojtek został, a on 8 grudnia 1945 r. zarejestrował się punkcie przyjęcie repatriantów w Gdyni. Znad Bałtyku ruszył w stronę Jarosławia. Podróż zajęła sporo czasu, ale końcu stanął na progu swego domu. Pozostał w nim do teraz. Wojtek Fecko też do rodzinnego miasta wrócił.

Komentarze
Popularne
Komentowane