Z Jarosławia do Azji południowo-wschodniej czyli... Kijanka w Wietnamie

Autor: bk 17.01.2020 Nr: 3/2020
Z Jarosławia do Azji południowo-wschodniej czyli... Kijanka w Wietnamie

Jeśli czytaliście poprzedni numer GJ, wiecie jak wyglądają święta w Wietnamie. Kto czytał uważnie, zorientował się nawet, że w Wietnamie poza świętami byłem też ja. I pewnie zastanawiacie się - Jak? Dlaczego? Po co? Za ile? Czemu święta w Wietnamie, a nie w Przeworsku? Przecież też jest pięknie.

 Ciekawość, która poprzez świąteczny tekst razem z GJ rozpaliliśmy, teraz wspólnie będziemy w Was gasić. Przez najbliższe tygodnie będziecie mieli okazję zwiedzać razem ze mną południowo-wschodnią Azję. Podróżować będziemy nie tylko w przestrzeni ale i w czasie, bo będziecie o kilka tygodni opóźnieni.

 Tyle wyjaśnień. Ruszamy.

 

Jest 11 listopada 2019 r. Pobudka o nieludzkiej godzinie (5 rano). Potrzebna, żeby zdążyć na autobus do Warszawy. Nie, nie na marsz... Na lotnisko.

Ogólnie noc przed wyjazdem nie była najłatwiejsza. Pewnie wiecie jak to jest: wpadacie na świetny pomysł, wszystko jest zabawne, a potem przychodzi noc przed i pojawiają się drobne wątpliwości. "Okradną mnie, zaginę i pogryzą mnie komary z malarią".

Na szczęście stres szybko mija jak już cała machina rusza. Jak to mówią „poszły konie".

Autobus na lotnisko, odprawa i lecimy. Latać lubię, chociaż niekoniecznie w konfiguracji 7 godzin, 2 godziny na przesiadki i kolejne 6 godzin lotu do Hanoi (tak, to stolica Wietnamu, na południu).

Sytuacji nie ułatwia fakt, że po drodze jest jeszcze 6 stref czasowych. Dzięki czemu w Hanoi ląduję ok. 14.00, we wtorek, 12 listopada. A przypominam, że z Jarosławia ruszyłem ok. 7.00 w poniedziałek, 11 listopada.

Organizm przełączony w tryb zombi: poruszam się, jestem w stanie mówić ale nie do końca w stanie myśleć. A trzeba jeszcze dostać się do hostelu, który jest 20 km dalej, w centrum 8-milionowego, azjatyckiego miasta. "Kurde, a mogłem być w Przeworsku" - myślę i idę szukać autobusu do centrum. I tu tryb zombi oraz nawigacja pewnej znanej firmy mnie pokonały. Po 30 godzinach w podróży przeszedłem półtora kilometra w upale, niosąc kilkunastokilogramowy plecak do miejsca skąd musiałem się wrócić kolejne kilkaset metrów na przystanek bo Google coś pokręciło. I wiecie co? Szczęśliwy wsiadłem do dobrego autobusu, który był tani, klimatyzowany i KTÓRY RAZEM ZE MNĄ PODJECHAŁ POD TERMINAL LOTNISKA, Z KTÓREGO PÓŁ GODZINY WCZEŚNIEJ WYSZEDŁEM!

Na koniec ciekawostka. Za autobus zapłaciłem 40 tys. (dongów wietnamskich). Nieźle nie? I stać mnie na to. Wszystkich stać. Bo w Wietnamie wszyscy są milionerami. Ja zostałem nim jeszcze na lotnisku wymieniając zaledwie 200 dolarów. Czyż to nie jest wystarczający powód, żeby tu przyjechać?

 

W przyszłym tygodniu opowiem Wam jak nie zginąć na ulicach Hanoi i dlaczego w tak ogromnym mieście nie ma zanieczyszczenia powietrza.

 

 

Komentarze
Popularne