Nieziemskie widoki i... karaoke - Kijanka w Wietnamie cz. 4

Autor: bk 07.02.2020 Nr: 6/2020
Miałem w życiu gorsze widoki z okna niż ten na Cat Ba.
Miałem w życiu gorsze widoki z okna niż ten na Cat Ba.

Zatoka Ha Long (na wschód od Hanoi) to miejsce, które może pochwalić się nieziemskimi widokami. Musicie tylko trafić na dobrą pogodę. A w listopadzie w tej części Wietnamu nie zawsze jest tak kolorowo, jakbyście mogli myśleć. Kiedy my (z moim chwilowym niemieckim towarzyszem podróży) dotarliśmy nad zatokę, było mgliście i deszczowo. To mimo 25 stopni skłoniło nas do przeniesienia się na leżącą w obrębie zatoki wyspę Cat Ba.

 Jednak zanim to nastąpiło, byliśmy świadkami wydarzenia, które zmieniło nas na zawsze. Rezerwując nocleg w Ha Long, nieświadomie wybrałem hostel w nowej części miasta, która w sporej części jest dopiero wykańczana. Po jednej stronie ulicy znalazły się więc nowiutkie hostele i restauracje, po drugiej budynki, w których hostele i restauracje wkrótce będą, a teraz są robotnicy.

Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, kiedy wieczorem racząc się chłodnym piwem, zobaczyliśmy, jak ci robotnicy targają na ulice ogromny głośnik. To znaczy, wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że jest to głośnik. Odkryliśmy to dopiero, kiedy wycelowawszy go prosto w nasz stolik, wietnamscy budowlańcy rozpoczęli wieczorne karaoke słyszalne z pół kilometra. My siedzieliśmy 15 metrów dalej.

   Azjaci uwielbiają karaoke. Wieczorem można spotkać je wszędzie i niczym dziwnym nie jest, jeśli pan sprzedający buty, w międzyczasie śpiewa sobie ulubione szlagiery do mikrofonu.

   Nasi sąsiedzi przed 22.00 grzecznie zakończyli koncert i poszli spać. Wiadomo… Jutro trzeba wykańczać. My następnego dnia natomiast mieliśmy prom na wyspę.

Cat Ba to przyjemna wyspa gdzie można wygrzewać się na plaży a wieczorem drażnić świecący w wodzie plankton. Z racji swojego położenia jest to też miejsce strategiczne militarnie. Tutaj znajdowały się punkty z działami strzegącymi wejścia do zatoki, tu też jest jaskinia szpitalna, gdzie podczas wojny z USA znajdował się szpital ukryty w wapiennej skale, który zwiedziliśmy.

   Byliśmy też w parku narodowym, którego największą atrakcją był punkt widokowy. Wspinaczkę okupiłem dwoma stanami przedzawałowymi, kiedy ten młody gramanin się ledwie zmęczył. Na szczęście dzień później jego motocykl się zepsuł i musiał wzywać mnie na akcję ratunkową. Nie powiem, żebym się nie ucieszył. Było to potwierdzenie moich słusznych wydatków… On kupił motocykl za 250 dolarów.

Po kilku słonecznych dniach na wyspie nasza polsko-niemiecka drużyna wracała promem na stały ląd. Gdzie, mimo że się rozdzieliliśmy, obaj obraliśmy kierunek na najbardziej znaną górską miejscowość Wietnamu. Do Sa Pa, bo o niej mowa, czekała mnie 480 km trasa. Po przeprawie promowej postanowiłem spokojnie dojechać w okolice Hanoi i następnego dnia ruszyć dalej. Zostało mi 400 km, ale byłem wypoczęty więc…

   Taki dystans na niewielkim motorku, na wietnamskich drogach jednego dnia to jest wynik. Najbardziej ekscytujące było ostatnie 40 km. We mgle, ciemności i na dziurawych drogach przez górską przełęcz. Dodajcie do tego oślepiające ciężarówki używające twojego pasa do ścinania każdego zakrętu i już wiecie, dlaczego większość ludzi unika tutaj jazdy w nocy.

O tym, co widziałem w Sa Pa opowiem wam innym razem. Może w przyszłym tygodniu.

Komentarze
Popularne
Komentowane