Górskie widoki, których nie było - Kijanka w Wietnamie cz. 5

Autor: bk 13.02.2020 Nr: 7/2020
Obowiązkowa wymiana oleju po każdych 500 km.
Obowiązkowa wymiana oleju po każdych 500 km.

Sa Pa słynie ze wspaniałych widoków na zielone, tarasowe pola ryżowe. To obrazki jakie razem z Ha Long Bay najczęściej widzicie wpisując Wietnam w internetach. A co ja widziałem w Sa Pa?

    Szczerze mówiąc nic! Na nocleg przyjechałem w nocy, więc jedyne co wiedziałem to że ostatni kilometr był pod górkę i że pensjonat, w którym będę spał prowadzi katolicka, wietnamska rodzina. Domyśliłem się bo (znad kominka) Jezus patrzył jak jem kolację.

   Rano spojrzałem przez okno i poczułem co znaczy mieć mieszane uczucia. Z jednej strony byłem pewien, że widok przede mną ma potencjał na bycie najpiękniejszym, jaki widziałem w życiu. Jednak zakneblowany przez żółty, pożniwny kolor i mgłę gęstą jak powietrze w Hanoi, był raczej życiowym rozczarowaniem.

   Na ratunek nie przyszły też prognozy, zapowiadające podobnie ponure kolejne dni.

Decyzja mogła być tylko jedna: jadę dalej. Czyli wychodzę z przytulnego i suchego pensjonatu i wystawiam się na zimno i wilgoć. To właśnie dla takich chwil jeździmy na motocyklach. Oślepiony i upokorzony (mgła zmusiła mnie nie tylko do zdjęcia okularów ale też do założenia wietnamskiego foliowego stroju przeciwdeszczowego) udałem się do Lao Cai - przygranicznego miasta, w którym Wietnam spotyka się z Chinami i ich całym kulinarnym szaleństwem.

   Następnego dnia, gnałem już moim blaszanym rumakiem w kierunku Ha Giang, stolicy górskiej prowincji, która pod względem widoków nie ustępuje niczym bardziej znanej Sa Pa.

Co ja tam widziałem… drogi w tej okolicy nazwałem trasą "ja pie***le" . W różnych językach różnymi słowami wyraża się zachwyt, u nas najodpowiedniejsze jest właśnie to. I nie chodzi o moją naturalną skłonność do wulgaryzacji języka. Tam naprawdę były widoki, jakich nie da się opisać innym stwierdzeniem. Czasami nie wystarczyło nawet powtarzanie sobie tego zwrotu w myślach i trzeba było podziwiać na głos.

   Zdjęcia przestałem robić po 10 minutach. Bo okazało się, że zatrzymuje się za każdym zakrętem, który otwiera nowy widok. I robił bym te zdjęcia do dzisiaj.

   Zachwyty urozmaicała droga. Chwilami wąska, miejscami szutrowa z błotem i kurzem na zmianę. A samo Ha Giang, po którym nie spodziewałem się niczego okazało się być przyjemnym miastem, w którym poznałem Fina, który pojawił się przy okazji świąt i grupę Polaków, którym pośrednio zawdzięczam wskazówki, jak najlepiej przejechać kolejny odcinek trasy.

   Płaskowyż Dong Van, który leży przy granicy z Chinami to miejsce niezwykłe również ze względu na występowanie tutaj wielu grup etnicznych, które zachowały swoją odrębność i tożsamość opierając się szaleństwu dzisiejszego świata. Słynne są organizowane tutaj targi. Podobno, jeśli nie znajdziecie czegoś na takim targu to znaczy, że nie jest to do niczego potrzebne.

   Warto, żebyście wiedzieli, że niedzielną specjalnością są targi bydła. Można kupić krowę lub woła, którego transportuje się do domu w przyczepce do motocykla, tak że nowy nabytek może was smyrać ryjem po plecach.

   W przyszłym tygodniu natomiast zobaczymy północny punkt flagowy i trafimy na plan filmowy.

 

Komentarze
Popularne
Komentowane