Koronawirus w podróży - Kijanka w Wietnamie cz. 11

Kamery termowizyjne ustawione na azjatyckich lotniskach sprawdzały, czy któryś z podróżnych nie ma gorączki.
Kamery termowizyjne ustawione na azjatyckich lotniskach sprawdzały, czy któryś z podróżnych nie ma gorączki.

Pamiętacie, w jakich okolicznościach dotarło do Was, że ten cały medialny szum o superwirusie z Chin może dotyczyć Waszego realnego życia?

             Mnie koronawirusowe zdziwienie dopadło przed wejściem do klubu w Phnom Penh (Kambodża), gdzie musiałem przejść niecodzienną selekcję. Ochroniarz nie zwracał uwagi na to, czy ktoś chce wtargnąć do lokalu w adidasach, czy dresikach. Interesowała go tylko temperatura naszych ciał. On przykładał każdemu do skroni termometr, a jego koleżanka podawała żel do dezynfekcji rąk.

            Tak poważne traktowanie czegokolwiek przez Azjatów wydało mi się dziwne. Myślałem, że ograniczą się do zaaferowania medialnymi doniesieniami.

            Była połowa stycznia i od jakiegoś czasu znajomi z Polski pytali mnie, czy nie boję się chińskiego wirusa. Sytuacja na miejscu wydawała się jednak wystarczająco bezpieczna, tym bardziej że oddalałem się od Chin.

            Od Kambodży zaczynał się mój etap podróży samolotem. W Phnom Penh sprzedałem motocykl i poleciałem do Kuala Lumpur w Malezji. Stamtąd do Yangon, dawnej stolicy Mjanmy (Birmy).

            Latając między azjatyckimi państwami, poza większą niż zwykle ilością maseczek (szczególnie na twarzach przestraszonych turystów), na większości lotnisk spotkałem kamery termowizyjne. Dzięki nim obsługa sprawdzała, czy ktoś z podróżujących nie ma gorączki, która mogłaby oznaczać wirusa.

            Lecąc do Birmy, czekały mnie kolejne antywirusowe zmiany. Jeszcze w samolocie otrzymaliśmy do wypełnienia kwestionariusze przygotowane przez birmańskie ministerstwo zdrowia. Poza pytaniami o stan zdrowia i odwiedzane ostatnio kraje, była prośba o pozostawienie danych kontaktowych oraz określenie dalszej drogi.

            Wypełniony kwestionariusz był wymagany do otrzymania wizy, bez niego nie można było wjechać na terytorium Mjanmy. Po raz kolejny zaskoczyło mnie, jak Azjaci są zorganizowani.

            W Birmie (wolę starą nazwę tego kraju) koronawirus terroryzował mnie jeszcze w pagodzie Shwedagon. Wchodząc do tej najsłynniejszej z birmańskich świątyń, zmuszono mnie nie tylko do dezynfekcji rąk, ale także do założenia maseczki. Jak się później okazało, maseczki były obowiązkowe tylko dla turystów.

            W świątyni były również plansze informujące jak zachować się, aby zmniejszyć zagrożenie zakażenia wirusem.

            Było to w pierwszych dniach lutego i czasami zastanawiam się, co w tym czasie robili Włosi?

            Wiem za to, co w kolejnych dniach robiono na lotniskach w Tajlandii i Polsce. W pierwszym z tych krajów, który miał potwierdzone przypadki koronawirusa (w przeciwieństwie do Birmy, która nie ma ich do tej pory), na lotniskach również ustawione były kamery termowizyjne.

            W Warszawie na lotnisku Chopina wylądowałem w drugiej połowie lutego, kiedy Włosi już orientowali się, że przespali sprawę wirusa.

            I muszę przyznać, że w Polsce, poczułem się niezwykle bezpiecznie. To znaczy, sytuacja wyglądała tak, jakbyśmy byli zupełnie bezpieczni. Na lotnisku nikogo nie interesowała moja temperatura, stan zdrowia, ani skąd wracam.

            Wyszedłem z samolotu, odebrałem bagaże i mogłem zanurzyć się w życie naszej stolicy. Podobnie, jak kilkaset innych osób z mojego lotu, wśród których większość przyleciała z objętej wirusem Azji.

            Ostatecznie można powiedzieć, że kontrole na lotniskach nie były konieczne, bo jak już wiemy "pacjent zero" przyjechał autobusem z Niemiec.

            Natomiast wprowadzono je jakieś trzy tygodnie po moim przylocie, kiedy o ich braku alarmowali celebryci, a koronawirus był już u nas zadomowiony.

            Ja po odwiedzeniu 6 krajów i spędzeniu kilkunastu dni przy granicy Wietnamu z Chinami wróciłem do Polski bez koronawirusa. I okazuje się, że będąc ok. 1 200 km w linii prostej od Wuhan, byłem bardziej bezpieczny, niż jestem w Europie, będąc mniej niż 1 200 km od Włoch.

 

Komentarze
Popularne
Komentowane