Żubr w naszych lasach

Autor: erka 30.04.2020 Nr: 18/2020
Byk sfotografowany w tym roku w Średniej
Byk sfotografowany w tym roku w Średniej
Fot. Maciej Sus/maciejfotograf.pl

Wszystko możliwe, że w lasach południowej części powiatu jarosławskiego zagościł żubr. Potężny byk został zauważony pod koniec marca niedaleko Woli Węgierskiej. Niedługo po okryciu śladów zwierzęcia udało się je sfotografować. Żubr trafił pod obiektyw Macieja Susa, gdy pasł się na polu w okolicy Średniej.

 Samotny byk był 20 - 30 kilometrów od Jarosławia. Trudno powiedzieć, gdzie jest teraz. Obowiązujący wcześniej zakaz chodzenia do lasu oraz obostrzenia związane z poruszaniem powodują, że mniej ludzi wychodzi poza swoje podwórka, więc trudniej zauważyć nawet żubra.

Informacje o wilkach i niedźwiedziach przebywających w naszym regionie już nikogo nie zaskakują. Czas pokaże, czy do tego grona dołączą żubry.

 

Żubry już nas odwiedzały

Zauważony na granicy powiatu jarosławskiego i przemyskiego żubr to nie pierwszy przypadek, gdy przedstawiciel największego gatunku roślinożerców w Polsce pojawił się u nas. Wprawdzie od pół wieku nie natknięto się nawet na ich ślady, ale wcześniej zanotowano co najmniej trzy przypadki pojawienia się żubra w pobliżu Pruchnika. Było to między 1965r. a 1973 r. Jeden z nich skończył się tragicznie dla zwierzęcia.

Latem 1965 r. pojawił się w naszych okolicach młody, czteroletni żubr. Podejrzewano, że szedł z Bieszczadów na Śląsk. Do Pszczyny, gdzie się urodził. Został złapany i przewieziony z powrotem w Bieszczady. Rok wcześniej ten sam osobnik w towarzystwie starszego byka przeszedł do Związku Radzieckiego, na teren dzisiejszej Ukrainy, ale niezbyt im się tam podobało, bo szybko wrócili na polską stronę.

Drugi gość pojawił się późnym latem 1971 r. - Był to samotny byk - wspomina Kazimierz Szuba, myśliwy z Roźwienicy. Był widziany w Rokietnicy, a potem przywędrował do Roźwienicy. - Nie był płochliwy. Chodził między zabudowaniami. Potem wszedł do parku. Spędził w nim cały dzień stając się atrakcją dla mieszkańców - opowiada pan Kazimierz, który był świadkiem wizyty króla puszczy. Wspomina jak żubr wszedł do jeszcze niewykończonej stodoły i dość poważnie ją zniszczył. Możliwe, że przestraszył się ograniczonego pomieszczenia.

W Roźwienicy nie zabawił zbyt długo. Ruszył na południe. Chwilę spędził w Węgierce, a potem wszedł do lasu między Węgierką a Pruchnikiem. Tam zatrzymał się na dłużej. Jako miejsce postoju obrał sobie okolice przysiółka Pruchnika zwanego Korzenie. Na początku był atrakcją, a później zaczął być odbierany jako uciążliwy sąsiad. Podjadał buraki. Dobierał się nawet do zakopcowanych już na zimę ziemniaków. Można go było spotkać w pobliżu pasących się krów. Nie dokuczał im, ale u rolników budził obawy. Rolnicy mieli już dość uciążliwego sąsiada, tym bardziej, że mijały prawie dwa tygodnie, a żubr ani myślał się zabierać. Wtedy pojawiła się informacja, że za schwytanie żubra nadleśnictwo wypłaci nagrodę w wysokości 20 tys. zł. Na owe czasy była to dość spora suma, więc chętni się znaleźli i choć wieść o nagrodzie była plotką, to zaczęli się przymierzać do złapania króla puszczy.

- Rankiem 26 września 1971 r. żubr objadał się burakami na polu rolnika z Korzeni. Zauważyli to jego sąsiedzi. Wspólne postanowili go schwytać i odprowadzić do nadleśnictwa - mówi pan Kazimierz, który zebrał informacje o losach żubra i opublikował je w Łowcu Galicyjskim we wrześniu 1994 r. W artykule "Król puszczy w Pruchniku" bazuje na relacjach świadków, bo dokumenty związane z tragicznym zakończeniem chwytania żubra już wtedy zostały zniszczone.

 

Żubr schwytany na lasso

Do złapania żubra zebrało się sześciu gospodarzy. - Zrobili z liny pętlę. Coś w rodzaju lassa i o godz. 7 rano podeszli do żerującego żubra. Zarzucili mu ją na łeb. (...) mocując się z nim i popędzając zaczęli prowadzić w stronę Pruchnika. Matka właściciela buraków poboegła na skróty i zawiadomiła leśniczego, że żubr został schwytany. (...) Rolnicy przeszli z żubrem około pół kilometra. Wycieńczeni postanowili przywiązać zwierzę do gruszy stojącej nad stromym uskokiem. - opisuje pan Kazimierz. Byk szarpał się. W końcu rzucił się z dół pochyłości i zawisnął na linie. Rolnicy rzucili się, by odpiąć pętlę zaciskającą się na szyi zwierzęcia. Niestety lina pod ciężarem ważącego koło 900 kilogramów żubra nie dała się popuścić. - W taki to tragiczny sposób "król puszczy" zaznaczył po wsze czasy swoją obecność w Pruchniku - podsumowuje K. Szuba. Tusza przeleżała cały dzień. Dopiero wieczorem żubra wypatroszono. Pół tony mięsa, które zdążyło się już zaparzyć przekazano do utylizacji. Łeb, skórę i kompletny kościec przekazano naukowcom. "Łapaczami" zajęła się milicja. Sprawa trafiła do sądu. W lutym 1972 r. wszyscy zostali uniewinnieni. Od wyroku wydanego przez Sąd Powiatowy w Jarosławiu odwołał się prokurator. W czerwcu tego samego roku Sąd Wojewódzki w Rzeszowie podtrzymał wyrok uznając tym samym, że nie doszło do kłusownictwa. Ważnym argumentem było to, że natychmiast po złapaniu zwierzęcia został zawiadomiony leśniczy.

 

Kolejny żubr

Dwa lata później w okolice Pruchnika zawitał drugi żubr. - Był mniejszy od tego, który tragicznie zginął. Jego obecność potwierdzają mieszkańcy przysiółka Pruchnik - Korzenie i Kramarzówki. Można uznać, że po latach ludzie mylą go z tym, który był dwa lata wcześniej. Jednak zebrane informację potwierdzają, że o pomyłce nie może być mowy - zapewnia pan Kazimierz potwierdzając to opisem zdarzenia, w którym uczestniczył myśliwy, ówczesny komendant posterunku milicji w Pruchniku.

- Zapadał zmrok. Księżyc wschodził nad horyzontem. W pewnej chwili zaczęły trzaskać gałęzie. Pomyślał, że wychodzi na niego cała wataha dzików - tak pan Kazimierz opisuje wspomnienia myśliwego, który przy "Spalonej Wierzbie" zasiadł na czarnego zwierza. - Wreszcie zza ściany lasu wyłania się cos niesamowicie dużego. Nie dzik ani jeleń. Nie wierzy własnym oczom. To jednak nie zjawa. Dwadzieścia metrów od niego stoi żubr i obgryza koniczynę. Jeśli jest żubr to dziki nie przyjdą, więc cała zasiadka na nic - myśli i próbuje byka wypłoszyć. Król puszczy nie reaguje. Nie ma zamiaru zwolnić miejsca dla dzików. Myśliwy rzuca w niego kawałkami ziemi. W końcu żubr powoli odchodzi. Kieruje się do porośniętych krzakami wąwozów biegnących w stronę Pruchnika. Dziki tego dnia nie wyszły i zasiadający na nie wraca około północy do domu - opisuje pan Kazimierz.

Od progu wita go z pretensjami żona. Jest zdenerwowana, bo on siedzi sobie po nocach w lesie a koło domu kręcił się jakiś potężny zwierz do krowy podobny tylko dwa razy większy. - Pół godziny stał między pomiędzy domem i stodołą. Potem na szczęście sobie poszedł - relacjonuje kobieta. Rankiem myśliwy sprawdza tropy i uzyskuje potwierdzenie, że jego obejście odwiedził król puszczy. Później dochodzą słuchy, że żubra widziano w pobliżu okolicznych miejscowości.

Potężny zwierz do krowy podobny najprawdopodobniej odwiedził okolice Pruchnika i potem powrócił w Bieszczady.

Populacja bieszczadzkich żubrów z roku na rok się powiększa. Dlatego możemy się spodziewać, że coraz częściej będą one szukać dla siebie nowego miejsca. Dzisiaj w Bieszczadach żyje ponad 550 sztuk, a strategia ochrony żubra z 2007 roku określała maksymalną liczebność tego gatunku w Bieszczadach na 400 osobników.

Zobaczymy, czy żubr zaobserwowany pod koniec marca na granicy powiatu jarosławskiego i przemyskiego był tylko wędrowcem, czy może poszukującym dla siebie nowego miejsca.

 

Komentarze
Popularne
Komentowane